
W związku z tym, że ostatni łikend maja wypada mi z harmonogramu pisania postanowiliśmy z chłopakami zarzucić drugą edycją sneak peeka. Czerwiec zacznie się z grubej rury. Zapraszam do rozwinięcia po szczegóły.


W związku z tym, że ostatni łikend maja wypada mi z harmonogramu pisania postanowiliśmy z chłopakami zarzucić drugą edycją sneak peeka. Czerwiec zacznie się z grubej rury. Zapraszam do rozwinięcia po szczegóły.


Kolejny weekend i już przed progiem czujemy zapach ciepłej pizzy z serem, szynką i ananasem. Mhmm, hawajskie smaki, kilka buteleczek Bacardi Breezer w ręku Henczysława i znów zagłębiamy się w fotele licząc na odrobinę czystej i szczerej, męskiej zabawy bez pierdół.
-Co tym razem?
-Może bardziej taktycznie, słyszałem że Vegas płonie i potrzebuje naszej pomocy…A potem mam ochotę się wyluzować i rozwalić kilka głów… Read the rest of this entry ?


No i dobra, widziałem film, czytałem też książkę, choć to drugie kilka lat temu. Na (nie)szczęście pamiętam ją tylko pobierznie, więc nie wpłynęła za bardzo na mój obiór obrazu Rona Howarda. Zanim przejdziemy do z tego jakże krótkiego wstępu do rozwinięcia rzucę Wam małym spoilerem – jest lepiej niż w przypadku Kodu.


Gdy włożyłem płytkę do napędu dvd nie miałem zielonego pojęcia co to może być za film. Nigdy nie słyszałem o nim, ani nie czytałem recenzji. Właściwie do dzisiaj ten film dla mnie nie istniał. Początek jednak szybko dał mi zrozumieć że nie będzie to zwykły film. Wyobraźcie sobie grupę “jaskiniowców” goniących matkę i jej syna. Strzelając z procy zabijają kobietę i chcą to samo zrobić z dzieckiem. Nagle z krzaków wyskakuje koleś w gajerku i plastikowych okularkach o czarnych oprawkach sklejonych na nosie plastrem, dzierżący samurajski miecz. Inteligent w mgnieniu oka rozprawia się z napastnikami, po czym podnosi z ziemi swoją sześciostrunową gitarę i osłaniając się dziurawym parasolem odchodzi w dal. Chłopiec podąża za swym wybawcą…


Jest piątkowy wieczór. Szaroburo, zimno, kobieta obrażona wyjechała do mamy, pies sam się wyprowadził na spacer, a do drzwi właśnie puka Wasz dobry kumpel Heniek z kartonem Heinekena- sytuacja bardzo życiowa, macie ochotę pogadać, popić i coś zniszczyć. Nie oczekujcie, więc tekstu o tym, jak się wypłakać facetowi w ramię. Ja proponuje coś innego: ramię w ramię z spoconym kumplem, który idąc do Was nie musi się golić i ładnie wyglądać, nie musi mieć piersi, nie musi dużo mówić, nie musi w zasadzi nic prócz… Prócz czucia potrzeby wpier*olenia wszystkim za niesprawiedliwości tego świata i to jest właśnie w tym wszystkim najważniejsze.


Bóg Wojny – pod takim właśnie tytułem został wydany w Japonii Demon Chaos na PS2. Nawet jeśli jesteście uważnymi wyłapywaczami branżowych newsów, to wątpię, że kojarzycie Ikusagami (japoński tytuł). Jest to bardzo prosta nawalanka w stylu Dynasty Warriors, gdzie jeden wojownik rzucany jest na tysiące przeciwników. Z tą tylko różnicą, że o ile w serii DW te “tysiące” to tak naprawdę kilku wojaków na krzyż, to w Demon Chaos nie ma w tym stwierdzeniu przegięcia. Tytuł jest znany z tego, że grając podobno mamy szansę zobaczyć trochę ponad 65 tys. w pełni trójwymiarowych jednostek na ekranie. Ja jak na razie doszedłem do 11 tysięcy i po tym, co zobaczyłem jestem skłonny uwierzyć autorom na słowo.