h1

Studio czterolistnego szczęścia

4 Wrzesień, 2008

Clover, ach Clover. I właściwie na tym mógłbym wpis skończyć, ale rozwinąć myśl by wypadało. Przygotujcie się zatem na kilka akapitów przepełnionych zachwytami.

Studio Clover powstało w połowie 2004 roku jako niezależne projektowo studio deweloperskie podlegające Capcomowi (wiem, głupio to brzmi, ale tak było). W jego skład wchodzili między innymi tacy bonzowie japońskiej firmy, jak Shinji Mikami, Hideki Kamiya, czy Atsushi Inaba, a więc ojcowie między innymi Resident Evil, Dino Crisis i Devil May Cry. Z nimi nie mogło się nie udać. I faktycznie tak było, choć tylko po części.

Nie przez przypadek w tytule użyłem liczby 4, jest ona z dwóch powodów symboliczna dla Clover. Pierwszy jest nader oczywisty, logiem studia jest czterolistna koniczyna. Drugi, CS stworzyli tylko cztery duże gry. I właśnie na nich teraz się skupię.

Viewtiful Joe 1&2

Oto Jurek, chłopak jak każdy z nas. Uwielbia chodzić do kina, jest fanem filmów klasy B, jego idolem jest Captain Blue. Jednak pewnego dnia wydarzyło się coś, co na zawsze odmieniło jego życie. Podczas oglądania najnowszego filmu ze swoim ulubionym herosem z ekranu wyłoniła sie ręka i porwała Silvię, dziewczynę Joe, oraz wciągnęła jego samego do świata filmów. Co on na to? Nie można powiedzieć by się jakoś za bardzo przejął. Wręcz przeciwnie, gdy tylko dostał od Blue zegarek, dzięki któremu sam mógł zmieniać się w super bohater był w siódmym niebie.

VJ, to pierwsza gra Clover, ona właśnie odniosła największy sukces. A jako, że jest to gra sygnowana logiem Capcomu musiały ją charakteryzować takie oto czynniki: oldskul, luźne podejście do tematu, odjechana grafika, hektolitry miodu i wykręcony poziom trudności. Wystarczy tylko dodać do tego jeszcze dwuwymiarową akcję z postaciami w pełnym 3D pociągniętymi cel-shadingiem i już wiecie o czym to jest. Przebijając się przez hordy wrogów oraz charyzmatycznych bossów Jurek musiał polegać na swoich malutkich piąstkach, stópkach i super mocach, dzięki którym mógł tak zwolnić czas, by spadające krople stawały się wielkie jak akwaria, a jego ciosy mega mocne, lub przyspieszyć go do niebotycznych prędkości i masakrować z prędkością światła wszystko to, co miało nieszczęście znaleźć się przed nim.

Clover oprócz wydania jeszcze trzech gier z tej serii na handheldy dorobiło także pełnoprawny sequel, który słowa „więcej, lepiej, szybciej” wypalał na dłoni każdego, kto tylko podniósł pudełko z dwójką. Tym razem oprócz nowych mocy Jurek dostał do pomocy także bohatersko odwaloną Silvię z którą na dwa pady rozprawiał się z niegodziwcami i Wielkim Złym. Niestety, druga część nie odniosła takiego sukcesu jak pierwsza. Dlaczego? Naprawdę trudno powiedzieć. Sam z bólem w sercu przyznaję, że jest to jedyna gra ze wspaniałej czwórki Clover, której nie kupiłem. 

Aha, słyszeliście o bonusowej postaci w wersji na PS2, prawda? Jeśli nie, to popatrzcie po skrinach.

 

 

 

God Hand

Co by o God Hand nie powiedzieć i tak nie da się oddać istoty tej gry słowami. Jest to staroszkolny beat em up z kamerą ustawioną za plecami bohatera. Jest to także gra, która do customizacji podeszła na tyle nietypowo, że zamiast na doklejanie bohaterowi wąsów pozwala na całkowitą zmianę jego ciosów i układanie własnych combosów. W końcu, jest to pozycja, która pokręconym designem bije wszystko na głowę. Zaręczam, że nie było nigdy wcześniej gry, gdzie już na którejś z początkowych plansz sub bossami jest para gejów. Czarnych. Ubranych w kolorowe skóry. A to tylko początek, powodów do śmiechu znajdziecie jeszcze sporo.

Główny bohater, Gene, jak to przystało na kogoś, kto wie, że jest na tyle silny, że nikt mu nie podskoczy, nic sobie nie robi z przeciwników. Ciągle żartuje, tańczy przed nimi, wyrzuca ich ciosami na dziesiatki metrów, panów wdeptuje w ziemię, panie przerzuca przez kolano i leje po tyłkach. Powaga. Do tego w każdej chwili, gdy ma naładowany odpowiedni pasek, może w pełni uaktywnić swoją Boską Rękę i przez pewien czas być nietykalnym oraz o wiele silniejszym. Oprócz tego ma do dyspozycji specjalne techniki nazwane Ruletkami. Aktywuje się je naciskając R1, wtedy czas zwalnia, a my mamy pare sekund na wybranie odpowiedniego ciosu. Ruletki są różne: od zwykłego kopnięcia w jajka, do one inch punch używanego przez samego Bruce’a Lee (a później i Dantego w DMC4), na przywaleniu kijem bejsbolowym kończąc. Tak, gra zdecydowanie stoi humorem, bo takich rzeczy jakie tam można zobaczyć nie uświadczycie nigdzie indziej.

Co jeszcze wypadałoby napisać o GH? Na pewno to, że jest jedną z najtrudniejszych gier w jakie grałem. Nie ma bloku, są za to uniki pod prawym analogiem, poziom trudności wzrasta wraz z tym jak dobrze nam idzie walka, przeciwnicy już na Normalu są agresywni i silni, a energia szybko potrafi wyparować. O walkach z szefami nawet nie wspominam. Wiecie, zawsze uważałem siebie za osobę, która dobrze radzi sobie z trudnymi grami, Devil May Cry to mój żywioł, ale God Hand był dla mnie tak niemożliwy do przejścia na Normalu, że musiałem przyatakować Easy. Paranoja!

Aha, jeszcze jedno. Nie przejmujcie się mieszanymi recenzjami, jedni grę pokochali, inni odrzucili. Jeśli poczuliście się zainteresowani Boską Łapą po tym, co napisałem, na pewno Wam się spodoba. Wydajcie na nią forsę, a nie poczujecie się zawiedzeni. Jeśli tylko macie spore poczucie humoru i niezłego manuala.

 

 

 

Ōkami

Na sam koniec najpiękniejsza z produkcji Clover, żywy obraz ukiyo-e. Jeśli nie kupiłeś Ōkami, a masz PS2 lub Wii, to wiedz, że już Cię nie lubię, bo straciłeś jedną z najpiękniejszych przygód swojego życia.

Ōkami (jap. wielki bóg lub wilk) opowiada historię z pozoru prostą. Jako Amaterasu, główna bogini shintoizmu, odrodzona w białym wilku (już widzicie czemu nazwa jest dwuznaczna?) mamy za zadanie przywrócić światu życie oraz barwy zabrane przez demony. Niestety nie będzie to proste, ponieważ po stu latach od ostaniej obecności bogini na Ziemi ludzie przestają wierzyć w bóstwa, dzięki czemu stają się podatni na demoniczne wpływy. Nawet sama Amaterasu staje się przez to osłabiona i dopiero ponad 40h rozgrywki pozwoli Wam przywrócić ją do pełni sił. Tak, dobrze przeczytaliście, Ōkami wystarczy na przynajmniej 40 godzin poświęconych wykonywaniu sub questów, odkrywaniu zakamarków świata, karmieniu zwierząt i pomaganiu ludziom.

Sam gameplay można porównać do przygód Linka z Legendy Zeldy. Jako Amaterasu przemierzamy Japonię, walczymy z napotkanymi demonami, pomagamy znaleźć coś lub pokonać zagrażające mieszkańcom miast i wiosek istoty, walczymy z uber demonami oraz, co najważniejsze i najpiękniejsze, przywracamy światu życie. W jaki sposób?

Używając do tego magicznego pędzla, którym możemy praktycznie dowolnie wpływać na świat gry. Robiąc na trawie kropkę możemy posadzić drzewo, marząc po niej linie i różne kształty spowodujemy, że zakwitną tam kwiaty, drzewom przywrócimy zieleń malując wokół ich gałęzi okręgi, zmienimy dzień w noc i noc w dzień ozdabiając niebo słońcem lub księżycem. A to dopiero kilka mocy, bo mamy jeszcze przecież ofensywne cięcia, magiczne bomby, malowanie przeciwnika by go oślepić, naprawdę, w Ōkami trudno się nudzić! No tak, ale miałobyć o ożywianiu świata. By to zrobić musimy na danym terenie znaleźć główne ośrodki wydzielające demoniczną mgłę. Po ich zneutralizowaniu mamy nareszcie szansę na wyszukanie wielkiego drzewa dającego życie całej okolicy (oraz będącego domem pewnej pomagającej nam bogini). Wystarczy jeden okrąg by ujrzeć przepiękną animację podczas której cały świat odradza się. Dla takich chwil warto żyć.

Oprócz eksploracji jest jeszcze walka. Sprowadza się ona do prostego naciskania ataku z kierunkami (lub machania wiilotem w przypadku konsoli Nintendo) oraz do używania w odpowiednim momencie pędzla. Pojedynki z przeciwnikami są na tyłe łatwe, że w grze ani razu nie ujrzałem napisu Game Over (co jest także zasługą możliwego kilka razy szybkiego odradzania po stracie energii), ale nie uznaję tego za wadę. W końcu jesteśmy Amaterasu i nawet Yamata no Orochi nie powinien nam podskoczyć. Ammy (zdrobniale nazywana tak przez swojego kompana Issuna) do walki używa zwierciadeł, mieczy oraz korali. Każda broń czymś się różni, niektóre mają jakieś dodatkowe moce, inne wspierają pewne przydatne żywioły, ale każda, którą założymy jest widoczna na ciele naszej wilczycy.

I właśnie tak to wszystko wygląda, podrużujemy, trafiamy do osady, pomagamy jej mieszkańcom, walczymy, spotykamy wielkiego szefa i idziemy dalej, aż nie oczyścimy całego kraju. Fabuła teoretycznie jest prosta, ale przy tym na tyle wciągająca, że chce się dzięki niej grać dalej. Choć przypuszczam, że i bez tego Ōkami wciągałoby jak bagno.

Zdecydowanie moja ulubiona gra Clover oraz jedna z ulubionych pozycji w całej mojej growej karierze. W przygodach Amaterasu zakochałem się na tyle, że chciałbym by trwały w nieskończoność. Polecam każdemu, nie tylko fanom japońskiej mitologii.

 

 

 

Niestety mimo tego, że gry Clover Studio są naprawdę świetne i wybijają się jakością na tle wielu innych, niezbyt ambitnych tytułów na PS2, ich sprzedaż była na tyle słaba, że w trzy lata po utworzeniu Capcom zdecydował się na rozwiązanie studia. Jest to naprawdę wielka strata dla graczy, za którą odpowiadamy właśnie my, bo nie chcieliśmy się zainteresować odpowiednio tym, co na to zasługiwało.

Na szczęście losy wizjonerów z Clover nie są przesądzone, ponieważ założyli swoje własne, całkowicie niezależne studio deweloperskie, Platinum Games i aktualnie smażą już cztery gry, które wyda Sega. Są to: Infinite Space erpeg w klimatach sci-fi dla DSa, MadWorld, ultra brutalna nawalanka na Wii z grafiką rodem z Sin City oraz Bayonetta – „stylowa gra akcji” ojca DMC, która po zamkniętych pokazie w Lipsku wprawiła dziennikarzy w osłupienie. Jest także czwarty, nie ujawniony jeszcze projekt Shinjiego Mikamiego. Nie ma co, przyszły rok zapowiada się naprawdę gorąco!

godzillachan

Reklamy

6 komentarzy

  1. Ach, Okami… Już sam design tej gry powala. Historia CS potwierdza regułę, że wysoki poziom gry nie gwarantuje wcale zasłużonego sukcesu. Może po prostu żyjemy w takich czasach…? Nie jestem przeciwnikiem wszelkiej maści casuali, jednak odnoszę coraz mocniejsze wrażenie że zdecydowanie za mocno wpływa on na całą resztę ‚growego’ rynku…


  2. Cóż poradzić, jeśli tylko gry trochę odstają od mainstreamu i nie zawierają w sobie hektolitrów krwi, to jest pewne, że będzie im ciężko. Strasznie żałuję Clover, ale mam nadzieję, że jako Platinum Games pójdzie im o wiele lepiej. W końcu SotC odniósł o wiele większy sukces od Ico tylko dlatego, że był „grą twórców Ico, niedocenionego hitu”. Może teraz lubie będą chcieli kupować gry Platinum?


  3. Ze wszystkich wspomnianych we wpisie gier, najchętniej zagrałbym w Okami, bo mam od jej światowej premiery wrażenie, że jest perełką taką jak takie gry jak np. ICO. Muszę kiedyś w Okami zagrać!


  4. Tjaaaaa, muszę w to w końcu zagrać ^^


  5. mnie Okami akrat nie przekonuje (Shini, nie bij). Byłem tym starsznie zajarany jak wszyło i jak czytałem te wszytkie recki, ale jakoś magia prysła jak to zobaczyłem już w akcji. pewnie sie za to zabiore jeszcze i zmęcze całe kiedyś to może sie przekonam, jednak akurat bardziej mnie intryguje God Hand (tylko boję się że bedzie za trudny XDD).


  6. Shad, God Hand naprawdę jest trudny, nawet na Easy XD Ale wart sprawdzenia jak cholera ;)

    No i zapomniałem wspomnieć o alternatywnym sposobie zarabiania forsy. By pomnożyć swój majątek można wybrać się do kasyna i starać się coś ugrać w black jacku, pokerze i na automatach. Niestety jak w prawdziwym kasynie – ugrasz za dużo, to później ciągle tracisz, ale oderwać od gry się nie chcesz :D



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: