h1

I Diabou Możu Zaryczeć – Дьябол Может Плакать

17 Wrzesień, 2008

„Słyszałeś o tym, czyż nie? Legenda Capcomu. Dawno temu, w starożytnych czasach developer wystąpił przeciwko słabym twórcom gier dla dobra graczy. Swoją grą zamknął usta wszystkim narzekającym na architekturę PlayStation 2. Nigdy w to nie wierzyłem. Myślałem, że to zwykła bajeczka dla dzieci. Ale ta tak zwana legenda nie była do końca mitem. Capcom istniał. Skąd wiem? Cóż, grałem w gry Capcomu. Wydawało się, że programiści czerpią przyjemność z walki na rynku z innymi developerami…”

Ok, z czym kojarzy się Wam diabeł? Pewnie na dźwięk tego słowa przed oczami mamy rogatą bestię, którą spowijają kłęby gęstego dymu i buchającego ognia, z czerwonymi oczyma i szponami zamiast paznokci. Interpretacji postaci diabła jest mnóstwo – wystarczy przeglądnąć setki książek, filmów, a nawet posłuchać muzyki i być pewnym, że przedstawione wizerunki tegoż jegomościa potrafią być skrajnie różne. Od wspomnianego wcześniej potwora, przez zmieniającą swą postać kreatury do najzwyklejszego człowieka, zazwyczaj eleganckiego. Wydawać by się mogło, że temat jest oklepany na wszystkie strony. A jednak…

Gdy Capcom zapowiedziało projekt o nazwie Devil May Cry nikt nie wiedział, że oto powstaje gra, która na dobre spopularyzuje słabo widzialny w tamtych czasach gatunek slasherów. Wszyscy czekali na to, co zaserwują programiści – zapowiedzi, trailery i screeny były wręcz nieprawdopobonie piękne.. „To tak wygląda?” – nikt nie wierzył w to, co dane było mu zobaczyć. Prawdziwy szok nadszedł jednak odpowiednio 23 sierpnia w Japonii, 17 października w Ameryce i 7 listopada w Europie, bo właśnie wtedy pełna wersja Devil May Cry trafiła na półki sklepowe, z miejsca zostając najładniejszą produkcją na PS2. Naprawdę, takich tekstur, takiego designu (o którym za chwilę) i takiej płynności rozgrywki (60 stałych klatek w wersji NTSC, 50 w wersji PAL) można było ze świecą szukać w innych tytułach z tamtego okresu. Fabuła DMC rzucała nas do starożytnego, gotyckiego zamczyska pełnego posępnych komnat, zagadek i – co najważniejsze – demonów, czekających tylko, żeby je zaszlachtować. A można było to zrobić na wiele sposobów – najbardziej charakterystycznym dla tej pozycji było podbiegnięcie, wybicie poczwary w górę z pomocą miecza i dokończenie sprawy za pomocą dwóch pistoletów, nim delikwent spadnie na ziemię. Zastosowany system walki okazał się strzałem w dziesiątkę – główny bohater, Dante, władał bronią białą i palną, dając graczom pole do popisu w kwestii finezyjnego wykańczania hurtowych ilości wrogów. W sprawnych rękach Dante stawał się istną maszyną do zabijania, wyczyniając na ekranie istne cuda.

Sam główny bohater okazał się niezwykle udanym pomysłem. Shinji Mikami, ojciec projektu, od wielu lat w wywiadach podkreślał, że chce stworzyć tytuł, w którym to przeciwnicy powinni bać się nas, nie odwrotnie. Stworzył więc postać Dantego – cynicznego, doświadczonego i drwiącego z przeciwników łowcę demonów, pół-demona, pół-człowieka. Dzięki takiemu zabiegowi gracz nieustannie czuł, że to on jest panem sytuacji, a każdy następny zastęp demonów, który stanie mu na drodze padnie pod ciosami naszego miecza (lub innej broni – Capcom dał graczom kilka różnych narzędzi mordu, w tym ogniste rękawice i wyrzutnię granatów). Dźwięk również stał na wysokim poziomie – odgłosy broni, otoczenia czy wreszcie muzyka, stanowiąca połączenie rocka z elektronicznymi rytmami – pod tym względem DMC również nie zawodził. Tytuł był rewelacyjny – zarówno pod względem grywalności, jak i niezapomnianego klimatu – mrocznego i posępnego, co było zasługą głównie wspomnianej gotyckiej budowli. Jedyną poważną wadą gry był stosunkowo krótki czas gry – 23 misje przechodziło się zbyt szybko, jednak zawsze można do niej było wrócić, by poprawić wyniki czy zdobyć wszystkie umiejętności.

Capcom dostrzegło w Devil May Cry silną markę i dobry pretekst do zarobienia kolejnych kilku(nastu) milionów dolarów, toteż postanowiono wydać część drugą. Miała ona być standardowym sequelem – czyli „więcej, ładniej, lepiej”. Wydawca postanowił postawić na inny team developerski, co skończyło się na powstaniu najmniej udanej odsłony całej serii. DMC2 został wydany aż na dwóch płytach DVD, z których każda zawierała scenariusz jednej z postaci – Dantego lub niejakiej Lucii, czerwonowłosej łowczymi demonów wspomagającej naszego bohatera w kolejnej krucjacie przeciw poczwarom wszelkiego rodzaju. Gra miała słabszą grafikę, gdyż pod nóż poszły tekstury w zamian za większe tereny działań, które przyszło zwiedzać graczom, jednak animacja postaci wciąż była pierwszoligowa. W drugiej części zaszło sporo zmian, jednak większość z nich niestety była kompletnie nietrafiona. Po pierwsze, klimat – zamiast monumentalnej, gotyckiej budowli dostaliśmy industrialne budynki, miejskie ulice i kawałek autostrady, przez co poczucie mroku straciło na sile. Zmiany w designie dotknęły również przeciwników – nowy wygląd niespecjalnie wyszedł im na dobre – wyglądali bardziej pokracznie, niż mrocznie. Na nieszczęście to samo stało się z bossami – aura ich potęgi została zniszczona poprzez banalne projekty ich postaci i schematyczne sposoby walki z nimi. Sama walka została bardzo spłycona – większość gry opierała się na strzelaniu z dzierżonych przez naszą postać pistoletów, spychając na margines wykorzystywanie broni białej. Nagle Devil May Cry 2 stał się arcade’ową strzelaniną, w dodatku okropnie prostą i krótką– 18 misji Dantego i 12 Lucii kończyło się bardzo szybko (odpowiednio ok. czterech i trzech godzin na postać). Mimo wszystko gra miała swoje plusy – nowe animacje ruchów mogły się podobać (lot głową w dół połączony z ciągłym ostrzałem wrogów i gwiazda z shotgunem wyglądały ślicznie), gameplay był całkiem niezły, jednak cały czas to nie było to, na co przez długi czas czekali gracze. Niestety, Capcom nie spełniło pokładanych w nim nadziei, dostarczając grę zaledwie dobrą, co w przypadku DMC było nie do pomyślenia. Do dzisiaj niektórzy traktują DMC2 jako „alternatywną historię”, tytuł będący raczej ciekawostką, niż pełnoprawną częścią serii.

Po ostrej krytyce ze strony graczy Capcom wzięło się do roboty i dostarczyło Devil May Cry 3: Dante’s Awakening. Tym razem narzekania straciły na sile, a gra zebrała zasłużone wysokie oceny. Można ją opisać jako „powrót do przeszłości w nowych szatach” – ponownie pojawiła się wieża w gotyckim stylu, a przede wszystkim – klimat bardzo mocno przypominał ten z pierwszej części. Fabuła przedstawiała młodego Dantego podczas pogoni za swym złym bratem bliźniakiem i jego szalonym pomagierem. Zaszły zmiany w rozgrywce – system walki niesamowicie stuningowano. Najważniejszą nowością był fakt, że gracze dostawali aż sześć różnych styli walki do wyboru – w zależności od wybranego stylu stawaliśmy się mistrzami szermierki, efektownych uników, czy też wymiataliśmy niczym najlepszy El Pistoletro. Każdy z nich mogliśmy ulepszać za zdobyte orby, co stanowiło swego rodzaju motywację do ponownego przejścia gry. W tej części też Capcom zaimplementował możliwość zmieniania broni w locie, podczas walki – wybieraliśmy po dwa miecze i dwa rodzaje pistoletów, a w czasie walki wciskając L2 lub R2 zmienialiśmy broń na tą przez nas pożądaną. Same starcia stały się niesamowicie widowiskowe, podobnie zresztą, jak i cut-scenki – powszechne jest stwierdzenie, że choćby dla nich powinno się przejść DMC3. Ale cut-scenki to nie cała gra, lecz na całe szczęście rozgrywka oferowała bardzo dużo zabawy i potrafiła zaskakiwać (choćby misja, w której akcja toczy się na szachownicy). Do tego grę uczyniono naprawdę hardkorową – pierwsze podejście do niej potrafi zepsuć sporo krwi. Nic dziwnego, że spora część graczy ponownie odzyskała wiarę w Capcom.

Około półtora roku później na rynku pojawił się DMC3 Special Edition. Wersja rozszerzona podstawowego DMC3 zawierała kilka dodatków, w tym możliwość gry bratem Dantego – Vergilem. Niestety, programiści poszli na skróty, wrzucając Vergila w te same miejscówki, co wcześniej Dantego, nie siląc się na napisanie osobnego scenariusza dla tej postaci. Grało się inaczej, owszem, ale jednak niedosyt pozostawał. Dodatkowo mogliśmy przeglądać przerywniki z gry (przydatna opcja), zanurzyć się w Bloody Palace (czyli kolejnych pomieszczeniach z prostym zadaniem – kill them all) czy też wybrać łatwiejszy tryb rozgrywki (zwany tutaj Gold Mode, podstawowy to Yellow Mode). Samą rozgrywkę natomiast pozostawiono bez zmian, chociaż pojawiły się głosy, że DMC3 SE był kapkę łatwiejszy od DA.

Nastał rok 2008 i Devil May Cry 4 zaatakował czytniki Xboxów, PeeStrójek oraz PeCetów. Na całe szczęście dla grających kolejna część płaczącego diabła okazała się piekielnie grywalnym tytułem, który z powodzeniem potrafi wyrwać kilkanaście godzin z życiorysu. Ale o tym przekonajcie się sami – gra nie powinna być specjalnie droga, a zapewniam Was, że pieniądze w nią zainwestowane na pewno nie okażą się straconymi!

„Ale w końcu tylko jeden z nich stał na polu bitwy… Chcecie znać jego nazwę?”

bzdursky

Advertisements

5 komentarzy

  1. Dejavu, jakobym gdzieś to już czytał. Nie zmienia to jednak faktu że tekst całkiem udany, a Bzduras na featuringu daje radę ;). Pozdrawiam!


  2. Pewnie nawet wiesz, gdzie mogłeś to przeczytać ;) Mam nadzieję, że zabawię na blogu dłużej i popiszę się czymś więcej, jak tylko jednym tekstem. Pozdro wujek!


  3. no też tak jakoś coś tego znajome mi się wydało :) witaj w gronie bloggerów Bzdr.


  4. Ja też dawno czytałem ten tekst, ale na tyle dawno aby wczorajsza lektura mnie zainteresowała i się spodobała :) dobra robota Bzduras!!


  5. […] Przy okazji dla przypomnienia kilka najlepszych tekstów byłego redaktora cpn Bzdursky’ego: DMC, MGS, MGS2, MGS 3. Prawda, że niezłe? Dzisiaj aktywnie na naszym blogu piszę ja, Shini oraz Uth […]



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: