h1

RETROspekcja: Silent Hill w imadle

15 Luty, 2009

untitled

Harry Mason – zmęczony życiem człowiek, który większość wolnego czasu spędzał w pracy, ograniczający kontakty z córką do niezbędnego minnimum. Mimo szczerej miłości do dziewczynki Harry nie mógł pozwolić sobie na spędzanie z nią tyle czasu, ile by chciał. Ale dziś z tym koniec – urlop za pasem, toteż Harry i Cheryl spędzą ze sobą więcej czasu. Kochający ojciec nie miał większego dylematu, gdzie chciałby spędzić wymarzony weekend z córeczką. Miasteczko Silent Hill było idealnym miejscem na oderwanie się od szarej rzeczywistości i gwarantował miłe spędzenie czasu. Prowadząc samochód ze śpiącą Cheryl obok snuł plany wynagrodzenia małej brak wolnego czasu przez te wszystkie lata. Wszystko było idealnie zaplanowane… dopóki przed samochód nie wybiegła młoda dziewuszka. Harry próbował ominąć postać, ale było już za późno – w mroku nocy słychać było jedynie krzyk pasażerów samochodu, dźwięk giętej blachy i rozwalanej barierki, która miała za zadanie chronić przed spadnięciem samochodu w dół. Miała… Po upadku pojazdu nastąpiła ciemność. Gdy po jakimś czasie Harry oprzytomniał zauważył, że miejsce, w którym siedziała Cheryl jest puste. Nie namyślając się długo nasz bohater wychodzi z samochodu, by znaleźć córkę. Ze zdziwieniem stwierdza, że w środku lata w miasteczku jest kompletnie głucho, pusto i w dodatku pada… śnieg?

silent_hill_1Tak właśnie – z lekką dozą mojej inwencji twórczej – zaczyna się gra, która pokazała twórcom serii Resident Evil, co oznacza pojęcie „horror”. Team Silent na zawsze wpisało się w historię elektronicznej rozrywki dostarczając graczom chyba najbardziej klimatyczną pozycję na pierwszą konsolę Sony. Wydana w roku 1999 przez Konami gra stała się niemalże obiektem kultu w oczach fanów. Dla wielu z nich słowa „Silent Hill” do dzisiaj stanowią synonim psychologicznego horroru, w którym dominuje strach. Nie hordy przeciwników, zagrywki typu „BU!” (chociaż i takie się znajdą, jednak w śladowych ilościach), krew, ręka, noga i mózg na ścianie. Ta gra doskonale radzi sobie bez tego typu zabiegów, które użyte raz, drugi i trzeci już nie emanują tą samą siłą. W pierwszym Silent Hill strach po prostu towarzyszy graczowi. Jest gdzieś obok niego, można niemal odczuć jego namacalną obecność. Pamiętam, gdy nieświadomy tego, jakie chore obrazy zafunduje mi Ciche Wzgórze, grałem sobie spokojnie po ciemaku w nieurządzonym jeszcze pomieszczeniu (obecnie domowy składzik). Wiecie, nienaoliwione drzwi, totalny bałagan, a pośród tego wszystkiego ja, PSOne i telewizor. Heh… do dzisiaj mam awersję do składzika i jeśli tylko mogę – staram się tam nie chodzić bez potrzeby.

To, co stanowi o sile pierwszej części wybitnej sagi Konami to niesamowity klimat, potęgowany dodatkowo przez niezwykle bogatą29bb8211b3784b350d02d79c4cb9e4331 symbolikę, jaką autorzy wrzucili do gry. Cholernie umiejętne żonglowanie motywem dwóch światów (pierwszy – nasz, ten zza okna, drugi – brudny, zakrwawiony, w którym zamiast podłóg dominuje stalowa siatka pokryta na przemian rdzą i krwią) i intrygującą fabułą. Początkowo gracz jest totalnie zagubiony, niczym główny bohater. Poszukując córki możemy po raz pierwszy doświadczyć okropieństw, jakie nawiedzają alternatywną rzeczywistość tego miasteczka. Zwłoki przykryte białą płachtą, wąska i nieoświetlona (tak, w tym tytule naszym najlepszym kompanem jest latarka lub zapalniczka) ścieżka krwi, na końcu której znajduje się ciało rozwieszone na siatce, obdarte ze skóry… W świetle zapalniczki, którą dzierży Harry, daje to naprawdę mocny efekt. Co jest dalej? Większość z Was już to wie, ale nie będę spoilował. Powiem tylko, że to, co można zobaczyć w alejce jest słabe w porównaniu z tym, co zafundowali nam twórcy gry w dalszych jej momentach… Można popuścić w pampersa (którego aplikację przed włączeniem konsoli gorąco polecam), zapewniam. Żadna inna gra na pierwsze PlayStation nie ma takiego klimatu, jak ten tytuł. I tego zdania będę się trzymał do samego końca.

Muzyka – w Silent Hill mamy do czynienia z dziwną mieszanką dźwięków, które ktoś posklejał w całośc. Szczęki łańcuchów, dziwne bulgoty, ciche szepty – to wszystko brzmi tak przerażająco, jest używane w tak trafnie dobranym kontekście, że jeszcze długo po wyłączeniu konsoli Gracz odczuwa lęki i ma stany paranoidalne. Są też piękne kompozycje Akiry Yamaoki (polecam przetrząsnąć internet w poszukiwaniu twórczości muzycznej tego pana), których nie da się zapomnieć. Gra pod tym względem do dzisiaj pozostaje w czołówce mojej małej, prywatnej listy najlepiej udźwiękowionych gier wszech czasów. Wszystko, co widzimy na ekranie w jakiś tajemniczy sposób współgra z naszym zmysłem słuchu, chociaż teoretycznie nie powinno. I to chyba najmocniejszy aspekt otoczki związanej z tym tytułem, nie pozwalający spać po nocach nawet największym twardzielom – dźwięki, które towarzyszą przemierzaniu Silent Hill. A wiecie, który z nich jest najbardziej przerażający? Cisza… Gdy słychać tylko odgłosy kroków postaci. Moment, w którym wszystko zamiera… Teoretyczny komfort psychiczny, jaki miało przynieść całkowite zlikwidowanie muzyki w pewnych momentach odniosło zgoła odmienny skutek, niszczący resztki mojego poczucia bezpieczeństwa. Od strony audio pierwszy SH nie ma do dzisiaj czego się wstydzić, a niektóre gry z „ery HD” nie mają nawet namiastki tego, co ma tytuł Konami.

Fabularnie jest… niejasno. To jeden z tych nielicznych tytułów, o których pisano dosłownie terabajty tekstu na przeróżnych forach internetowych, w magazynach czy rozmaitych książkach (bo i takiej seria się doczekała – Lost Memories to prawdziwa biblia fanów serii), a i tak do końca nie jest pewne, która wersja jest słuszna. Zarys przedstawionej tutaj historii przedstawiłem w pierwszym akapicie, jednak jest to tylko zalążek do czegoś poważniejszego, głębszego i na swój sposób mistycznego. Miasteczko spowite tajemnicą, kultyści, mglista historia narkotyku „Biała Dalia”, a pośród tego wszystkiego nasz bohater i jego córka. Jak to wszystko się razem zazębia? Sprawdźcie sami, ja zdradzę jedynie, że historia ma aż pięć zakończeń, zależnych od naszych poczynań podczas gry właściwej. Warto się pomęczyć i sprawdzić je wszystkie – są tego warte.

silenthill111Odwlekałem ten moment najdłużej, jak tylko mogłem, ale w końcu muszę to napisać – grafika w tej grze jest obecnie brzydka. Już dziesięć lat temu nie wzbudzała zachwytu, a rozwijające się niesamowicie szybko technologie graficzne tylko obnażyły niedoskonałości pierwszego Silent Hill. I tutaj mały paradoks – moim zdaniem jest to w pewnym sensie plus tej gry, powodujący, że to, co widzimy musimy nadrabiać i tak już pracującą na najwyższych obrotach wyobraźnią. Zdaję sobie jednak sprawę, że pokazanie tej gry koledze wiąże się z ogromną dawką śmiechu ze strony tego drugiego. Cóż, niewierni są wszędzie, ale Samael czuwa…

Słowo na niedzielę? W tego klasyka musi zagrać każdy wielbiciel konsolowych horrorów. Nie wspomniałem o wielu istotnych aspektach tej produkcji, gdyż nie chcę psuć niespodzianek tym, którzy Silent Hill dopiero skończą. Musicie odkryć je sami, w ciemnym pokoju, najlepiej ze słuchawkami na uszach. Gwarantuję, że nic nie będzie już takie samo jak wcześniej, a na szkolne szafki będziecie patrzeć z zupełnie innej perspektywy, niż dotychczas. Ten tytuł to perełka, warta każdej ceny.

Bzdursky

Advertisements

5 komentarzy

  1. Wymęczyłem Fahrenheit na LCD to i może tu dam radę ;) Mam już takie braki, że aż wstyd :/


  2. O, ktoś mi czcionkę poprawił – dzięki.

    Uth, jeśli oprawa Cię nie zrazi to ta gra na pewno Ci się spodoba, gwarantuję.


  3. Wystarczyło skasować coś w edytorze html, udało się bez większych problemów ;)

    A ja nie grałem w SH i jakoś żyję :P Nie przepadam za horrorami.


  4. Dobrze, że napisałeś po „wstępie”, że jest tak Twoja „lekka doza inwencji twórczej”, bo… Co to za opowieść o zapracowanym ojcu, czyli Harrym? :P I gdzie ten samochód spadł? Przecież nigdzie nie spadł :P.
    Ale zwrot „można popuścić w pampersa” wygraaał :D

    Co do samej recenzji – szczerze? Czytałem lepsze. Bowiem po tej (gdybym był osobą, która nie grała jeszcze w SH1) recenzji dowiedziałem się niewiele. Sporo tu zdań wychwalających… i kilka nagle zdań o samej grze. Za dużo tego pierwszego, za mało tego drugiego.
    Jakby to była recka o 10 lat wstecz trzeba by było napisać jakkolwiek przyrównując SH1 do RE, który to wtedy królował jeśli chodzi o horrory. SH1 najlepiej wychodzi przy porównaniach z innymi survival horrorami, bowiem jest – spróbuję to ładnie ująć – unikalny. Najbardziej straszy tutaj to, czego nie widzimy. Największy lęk wywołuje w nas szum radia i nieświadomość tego, co nas czeka za rogiem bądź za kolejnymi drzwiami. I fakt – nie ma muzyki (nie licząc kilku utworów, zwłaszcza we wstawkach FMV), ale jest za to masa dźwięków skomponowanych przez Akirę. Te chore dźwięki wchodzą nam w uszy, poprzez oczy widzimy to, co w danym momencie możemy zobaczyć na ekranie. Po kilkunastu minutach grania i przyswojenia odruchu reagowania na radio nadchodzi moment kulminacyjny – tak naprawdę pierwsza ciemność nad miastem, kiedy to zaczynamy kierować się do szkoły po przedarciu się przez drzwi z trzema kłódkami. O zgrozo, do dziś mam ciarki na plecach na samą myśl…

    I miałem ciarki na plecach za każdym razem, gdy przechodziłem SH1. Dokonałem tego około 25x. I wiecie co? Za każdym razem bałem się tak samo. Pierwsze przejście to był chaos. Zwyczajnie – nie ogarniałem klimatu. Jest totalnie mocny, przygniatający. Tzn. jeśli podejdzie się do gry w dzień, na luziku, z uśmiechem cwianiaczka, co to się niczego nie boi – z takiego podejścia wyjdą nici.

    Ale wystarczy poczekać do wieczora, najlepiej do późniejszych godzin. Włączyć grę, spokojnie przebyć wraz z Harrym intro i zacząć w ciszy zatapiać się w tym, co się słyszy, co się widzi. Nie przypadkiem pierwsze napisałem „słyszy”.

    Któregoś razu chciałem zagrać po północy. Byłem akurat w miejscówce „kanały”. Założyłem słuchawki na uszy, włączyłem konsolę. I… wytrzymałem 5 minut, mimo, że grę przechodziłem n-ty raz. Cóż – to chyba dowód na to, że SH1 to poziom strachu, któremu nie dorównał żaden inny tytuł.


  5. Dzięki za krytykę, Pikacz – przyda się podczas pisania następnych tekstów… które będą. Kiedy? Nie wiem, brak czasu skutecznie przeszkadza mi w pisaniu.



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: