h1

Heineken Opener 2009

11 Lipiec, 2009

opener_2009_plakat

Festiwal „Heineken Open er 2009” niestety już za nami. Jakie nachodzą mnie myśli po przeżyciu 3 dni w samym centrum tego wyjątkowo, niezwykle barwnego wydarzenia? Zdecydowanie wrócę tam za rok, ale od początku z odrobinką historii i innych pierdół.


„Open er” gości u nas już troszku czasu i od 8 lat częstuje nas muzyką na żywo, której pewnie spora część z nas nigdy by nie miała szans usłyszeć „live”. Wszyscy znamy rytmy „Chemical Brothers” i marzyliśmy o tym by się pobujać w rytm „Let forever be”, czy „Block rockin beats”, prawda? Podobnie w przypadku zespołów „Massive Attack”, „Goldfrapp”, „Cypress Hill”, „Snoop Dogga”, „Faithless”, „Fatboy Slima”, „Sigur Rossa”, „Fischerspoonera”, „Interpolu”, „Jay-Z”, „Erykę Badu”, „Sex Pistols”, „Placebo”, „The Roots”, „The Streets”, „Dizziego Rascala”, „Groove Armady”, „Beastie Boys”, „Muse”, „Bjork”, „Smolika”, „Gantelmana”, „Manu Chao”, „Pharrella Williamsa”, „Skin”, „Scissor Sisters”, „Kanye Westa”, „Rogera Sancheza”, czy „Basement Jaxx”… Taką szansę daje nam ten właśnie festiwal i to w dość atrakcyjnej cenie. Ekipy powyżej toż to przecież spory kawał światowej muzy, która w jakimś momencie stanowiła, bądź też stanowi top trend światowej mody estrady dźwiękowej, zatem oczywiste jest że festiwal zbiera każdą publiczność (choć ta edycja była dość rockowa, ale i 50latków widziałem). Prócz mega gwiazd globalnej sceny muzycznej, wykazać się mogły młode talenty, didżeje, młodzi projektanci itd. Festiwal więc to dużo więcej, aniżeli scena z której ktoś śpiewa. „Open Er” to małe miasteczko tętniące energią pompującą ludzi niczym Red Bull przed wkuwaniem do sesji egzaminacyjnej.
A wszystko to zaczęło się 2002 roku w Warszawie, po czym już rok później impreza trafiła do Gdyni co w mojej opinii jest rzeczą mądrzejszą, sam obserwowałem tłumy ludzi, które każdego popołudnia z ręcznikami waliły na miejską plażę. Przy okazji w tym roku impreza pokryła się ze Zlotem Żaglowców, zatem nim otworzono bramy miasteczka (godzina 16ta) można było zobaczyć przeróżne żaglóweczki, jak też przy okazji obskoczyć Oceanarium Gdyńskie, które było tuż obok nabrzeża (bilet cały 16 zł). Prócz tego tłum w mieście był dwa razy większy ;)
Tegoroczne miasteczko istniało 4 dni i zagościły w nim takie gwiazdy jak „Santigold”, „White Lies”, „Kings of Leon”, reaktywowane „Faith no More”, „The Prodigy”, „Placebo”, „Lilly Allen”, „Duffy”, „The Ting Tings”, „Arctic Monkeys” (mieli jakąś awarię podczas koncertu), „Basement Jaxx”, „Jazzanova”, „Fish i Emade”, „Gossip”, „OSTR”, „Q-Tip”, „Madness”, „CC” and lots, lots more. Było więc w czym wybierać, a czas nie miał litości stawiając mnie przed wyborem, czy biec i choć przez chwilę posłuchać kogoś innego by zaliczyć jak najwięcej, czy może czekać. Przebijanie się przez 60-tysięczny tłum, przez smród Toi Toi, wyczuwalną w powietrzu ganje i beat atakujący z każdej strony sprawiał, że atmosfera była gęsta niczym zupa jarzynowa na mące.
My swoje bilety zakupiliśmy już w maju, kiedy występ niektórych gwiazd był jeszcze niewiadomą- w sumie to była fajna decyzja, ponieważ obecność FNM była przemiłym zaskoczeniem. To był pierwszy festiwal Heinekena w którym wziąłem udział , no i dziś jestem dużo mądrzejszy.
Wyjechaliśmy w piątek około godziny 16tej w stronę Gdyni „na czuja” bo wydawało mi się, że wiem jak jechać. Po fakcie oczywiście przyznałem się, że nadłożyliśmy 120 km bo skręciłem jedno rondo wcześniej w Wałczu, a nie miałem przy sobie mapy no i kilka dni wcześniej zepsułem gps w nawigacji… No cóż, po około 5 godzinach drogi dojeżdżaliśmy do Gdyni, przy akompaniamencie koncertowych piosenek „Faith no More” z radiowej Trójki, dodam że dość ostro grali.
Tłok na drogach dość duży, wszyscy już zmęczeni, kiedy nagle przemyka obok zielony samochód Open er. Heh, tak jakby ktoś wstrzyknął nam Adrenalinę prosto w serca, gaz do dechy i za nim! Chwilę później festiwalowe autko pojechało prosto, a my skręciliśmy na rondzie wedle znaku zamieszczonego na miejskiej lampie, wskazującego kierunek w stronę festiwalu… Niestety muszę przyznać, że oznaczenie dość kiepskie i chwilami się zastanawialiśmy czy jedziemy dobrze, później mieliśmy tylko chwilę by podjąć decyzję, czy na skrzyżowaniu skręcić według drogowskazu oznaczającego kasy, czy kemping… Wybraliśmy kasy no i popełniliśmy błąd, 10 zł za wjazd na teren, 15 minut jazdy, 10 minut chodzenia z tobołami w stronę kasy by dowiedzieć się, że „z namiotami to trzeba od drugiej strony, musicie się cofnąć i zajechać od tyłu”… No więc 10 minut z tobołami z powrotem do auta, wyjazd z lotniska, 15 minut jazdy dookoła, wjazd na teren kempingu, 10 zł opłaty. Rewizja, wjazd na parking, bycie świadkiem jak parkujący Pan przywala w jakieś BMW i wszyscy udają, że nic się nie stało… ok. biegniemy do kas, gdzie wymieniamy elektryczny bilet na opaski (jedna opaska oznaczająca ile dni mamy wykupionych i druga pozwalająca nam wejść na kemping), wracamy 10 minut po toboły, 10 minut do kempingu, tam dowiadujemy się, że jest dość ciasno musimy iść do sektora 3-ego (czyli sam koniec), ale będziemy mieć blisko do kibelków i pryszniców (super!). Pocinamy przez pole biwakowe, i naszym oczom ukazują się sceny w których wyjścia namiotów otwierają się prosto na ściany innych namiotów, powiem szczerze że zabawne- tłok na polu ogromny… 5 minut łażenia no i widzimy nasze obozowisko, a w zasadzie pole bo ktoś zapomniał skosić trawy i chaszczy, które sięgają do połowy łydek- jehana!. Czas nagli bo już 22:40, bierzemy się za namioty. Ja oczywiście swoją czwórkę rozkładam pierwszy raz w życiu bo kupiłem ją specjalnie na tą okazję no i nie jest łatwo. Dziewczyny (tak, hehehe w namiocie spałem z dwoma :P ) oczywiście średnio ogarniają o co chodzi, ale dzielnie wykonują polecenia. Finał taki, że tropik jakoś stoi, ale namiot w środku to prowizora na 102 i nie wiadomo, kiedy się rozleci, nie ma bata i czasu- wystarczyć musi. Wrzucamy wszystko do środka i ruszamy w stronę miasteczka… W tle słychać motyw przewodni z filmu „Tożsamość Bournea”- to znaczy, że „Moby” już gra. Pędzilimy jak szaleni no i trasa zabrała znów około 10 minut, kolejki do bramek, rewizja i wpadamy. Po lewej gigantyczna scena, bijące światła (kapitalne oświetlenie na koncercie), mocny dźwięk i Mały człowieczek o wielkim talencie grający właśnie na bębenkach. Dookoła tylu ludzi, że trzeba się przeciskać, potem „Moby” coś mówi o 60 tysiącach ludzi… Dwie wokalistki ( z czego czarnoskóra Pani o takim głosie, że ciarki przechodzą-bomba!), dwie skrzypaczki, basistka i pewnie ktoś jeszcze, ale już nie pamiętam ;) Moby zagrał same znane hiciory, przeplatając swoje melancholijne ballady, mocnymi rytmami, przy okazji zagrał też dwa albo trzy utwory z nowej płyty- nie podeszły mi jednak zbytnio, jakieś takie lalalalala bez wyrazu. Natomiast na sam koniec już po bisie poleciało „Feeling so Real” w tak mocnej aranżacji, że się osikałem z podniecenia. BPS zdecydowanie podwyższony, aniżeli przy wersji płytowej, Czarna Pani śpiewa jak szalona ledwo łapiąc oddech, a „Moby” biega po scenie wykrzykując „love that you feeling” w stronę publiczności. Super klimat i genialny koncert, nie można pominąć też utworu Johnego „Smutnego” Casha „Ring of Fire”, którego razem wyśpiewaliśmy.
Potem powrót na pole biwakowe, 20 minut stania w kolejkach, obgadanie koncertu i próba uśnięcia. Pierwszej nocy spałem ze dwie godziny, hałas, gwar i rozmowy nie pozwalały mi usnąć, pamiętam że wzeszło już słońce, kiedy odpadłem. Obudzili mnie Estończycy, którzy rozbili się tuż obok, zachowanie w stylu szympansa rozpłodowego, dużo wulgaryzmów, krzyku i hałasu, a siusior mały – wioska straszna…Patrzę na zegarek, jest godzina siódma. Zabieram więc ręcznik i idę pod prysznic, kolejki mają być kosmiczne z tego co wyczytałem. Udało się do kontenera wejść bez czekania (prysznice to takie malutkie kanciapki w kontenerze), tam szybki prysznic, ciepła woda, jeszcze szybciej do zlewu przez błoto na podłodze, higiena twarzy i wracam do namiotu (dwie godziny później kolejki były takie, że ludzie stali ok. godzinie). Około godziny 10ej wyruszyliśmy w miasto, ekipa wsiadła do linii 109 – w środku ktoś zasiał panikę, pytając: czy to oby ten autobus co trzeba?. Stwierdziłem – Wysiadamy! Wyszedłem i drzwi się zamknęły, heheh… pojechali beze mnie, ale pomachać zdążyłem. Dopadłem ich przystanek dalej, przeszliśmy kilkaset metrów, kupiliśmy bilety komunikacji miejskiej w kiosku (jeden bilet komunikacji miejskiej to  2,50zł) i jazda do miasta. Poinformowano nas, że mamy wysiąść przy „Batorym”, stamtąd już widać maszty statków. „Batory” to Centrum Handlowe, jak się okazało, a nie pomnik Bosmana jak wcześniej myśleliśmy (taki jest w  Szczecinie). Faktycznie było widać maszty, niestety o tej godzinie wszystkie śniadaniownie są w soboty zamknięte, więc czekaliśmy około 30 minut, aż coś otworzą. Wybór padł na Pizza Hut…. W Pizza Hut byliśmy świadkami akcji zorganizowanej przez kilkuosobową grupę Open Er’owców, którzy po toalecie biegali z ręcznikami na szyjach, szczoteczkami i mydłami w płynie. Jak przyznaje Homer, „byli całkiem mili”. No cóż, każdy radzi sobie jak może, a Toi Toi’e i prysznice na kempingu to trauma (każde wejście wiąże się z czymś hardkorowym, ja powiem szczerze że za cholerę bym w tej kanciapie śmierci nie usiadł, a frencz poodle nie jestem. Nie powiem Wam co tam widziałem za rzeczy i jakie straszniejsze opowieści słyszałem ;) ). Potem żaglówki, oceanarium, obiad pod dworcem, sporo piwa w Karczmie tuż obok i jazda autobusem Open Er Festiwal na teren miasteczka, tam też sporo alkoholu, krótka drzemka, alkohol, spotkanie ze znajomymi, alkohol i większą grupą jazda do miasteczka położonego jakieś 700 metrów obok ( ze względu na ogrodzenia i ochronę wszędzie trzeba się ostro nałazić „na około”). Tam chcieliśmy zobaczyć koncert „Madness”, niestety przesunięto go gdzieś na inszy termin, czy scenę. W tym młynie musieliśmy kupić alkohol i coś do jedzenia, więc pod main stage trafiliśmy tuż przed koncertem „FNM” i cóż mogę powiedzieć? Był to koncert na który warto było czekać kilkanaście lat, dla mnie w zasadzie to całe życie bo wychowywałem się na tej kapeli i pamiętam ją jeszcze z lat kiedy pojawiały się pierwsze mp3. Mike Patton w swoich kruczych włoskach, użelowanych do tyłu, wąs i bródka na pomarszczonej już gębie, bordowe spodnie trzymane przez biały pas, bordowa koszula i do tego ta kapela, god damn it! Ci gościowie mają po sto lat! Moc płynąca z głośników i brzmienie przebijające się przez tłumy, sprawiały że miało się wrażenie jakby na scenę weszli młodzi bogowie rockowej sceny, a nie dziadkowie z zamierzchłej epoki. Tłum śpiewał, podskakiwał, a Patton wił się po scenie wydzierając się momentami do megafonu (przy zejściu ze sceny pokazał do kamer żubrówkę i żywiec Beskidu! Ha! Dobre bo Polskie). Wykonanie utworów „Epic”, „Take this bottle”, „We care a lot”, czy „Midlife crisis” urywało uszy i wkręcało diabła w nogi. Każdy się wykrzywiał i wrzeszczał w ciemne niebo. W którymś momencie z nieba spadł deszcz, klimat jeszcze bardziej się zagęścił. Wokalista wywijał z parasolką, po czym przemówił po Albiońsku, że jesteśmy zajebiści i przepędziliśmy deszcz. Ta charyzma, kontakt z publicznością, ludzie… Teraz pozostaje tylko żal, że już czegoś takiego nie zobaczę. Powiem szczerze, że warto było tam pojechać choćby tylko dla FNM- dla mnie wydarzenie i reanimacja roku, takiej mocy nie ma nikt. Ja jeszcze przez kilka dni podśpiewywałem słowa „Midlife crisis”, heh i ta przerwa kiedy Mike, i kapela zamarli w miejscu, a tłum zaczął klaskać i krzyczeć. Trwało to tak z 90 sekund, po czym w momencie nastania całkowitej ciszy utwór ruszył z pierdnięciem.
Naprawdę kapitalne 1,5 godziny muzyki rockowej, można było pomyśleć że co poniektórzy z publicznością przy tych czystych gitarowych riffach, czy też dźwiękach klawiszy (klawisze Bordina rox!) zamieniali się w wilkołaki, gibiąc się epileptycznie na boki i wyjąc do księżyca ;) Sobotę zamykało „Pendulum” ze swoimi drum`n`bassowymi rytmami, mc biegał po scenie i robił swoje a energiczna muza drążyła w tych co jeszcze mieli moc po „Faith no More”. Ja odpadłem.
Niedzielny poranek lekko wietrzny rozpoczął się wycieczką do Kauflandu, przy którym zatrzymuje się autobus Open Er`a. Tam obok w budce a la Kebab Buda zjedliśmy całkiem przyjemne śniadanko złożone z frytek, kurczaka i mieszanki warzyw (w tej mieszance zawitał nawet groszek i kukurydza)- mogę polecić, cena nie duża bo ok. 12 zł za całkiem pożywny posiłek. W „markiecie” zrobiliśmy zakupy na cały dzień i podróż, nie mogliśmy też odmówić sobie przyjemności skorzystania z czystej toalety, gdzie zgadnijcie kogo spotkaliśmy?! Ha! Ludzi z opaskami, można powiedzieć że opanowaliśmy Gdynię. Dla tych którzy się zastanawiają, czy można wnieść spożywkę na kemping- tak, można. Niestety, albo i stety bo mniej pijanych wieśniaków tam spotkacie- alkoholu wnosić nie można i kontrolują to bramkarze (czwartego dnia już niezbyt pracowici, ale czemu się dziwić- upał robił swoje). Jako, że można było kilka godzin jeszcze potrollić przed koncertami, wyciągnęliśmy matki i skorzystaliśmy ze słoneczka (sporo wiary waliło w tym czasie na plażę, więc był spokój). Piwko, gazetki, słoneczko i znajomi. Całkiem przyjemny klimat, tak leżąc obgadaliśmy kto na co idzie no i wyszło całkiem sprawnie. Ja i gerls poszliśmy na „OSTR`ego”, „Santigold” (dołączył do nas Homer aka Specjal), „Prodigy”, „Kings of Leon”, „Iowa Soccer” (bardzo fajna polska kapela) i coś tam jeszcze, czego nie pamiętam…. Aha, dzień wcześniej zaliczyliśmy „White Lies”- licząc na wypierd przy „Farewell to the Fairground” trochę się zawiedliśmy, grali pod namiotem obok Main Stage- niestety wokal live kiepścizna. Wracając do tematu niedzieli, na „OSTR” można było spokojnie wywalić się obok akustyka i nie bać się, że zostanie się stratowanym. Przyjemne beaty, funkowa muza, gość widać że dobrze się bawił i często gadał do publiczności: to jakieś własne refleksje, tam puścił żart, tu kazał wykrzykwać „elo” ;) No i było całkiem miło, na koniec multijęzycznie przekazał znak pokoju w deseń „smoke polish weed”, heh. Będąc przy tematach tabu, niedaleko Głównej Sceny namioty miały rozbite mniejszościowe grupy pokroju WWF, czy innych, których kompletnie nie pamiętam. Jakkolwiek można było sobie zrobić zdjęcie przy drewnianym szympansie (w miasteczku można było zrobić zdjęcie z instrumentami, jako kapela- Fuji podawało link do strony na której można je obejrzeć), wygrać przypinkę WWF odpowiadając na jakieś pytanie, czy pogadać o pierdołach (albo poprosić o podładowanie telefonu- dziękuje gościowi w czarnym, spoko gość). Wracając jednak do koncertów: „Santigold” grała na World Stage, czyli najbardziej oddalona scena na terenie miasteczka. Idąc do niej trzeba przejść obok ściany Toj Bojów, a tam jest prawdziwa dżungla. Koncert masakrycznie mnie zaskoczył, choć Pani 20 minut się spóźniła to radosnym, elektro-afro nastrojem szybko odkupiła winy.
Muszę powiedzieć, że mocny bassowy beat przebijał się przez większość jej utworów, a do tego rytmy były całkiem taneczne, więc sporo ludziuff tańczyło i dobrze się bawiło. Ja znałem tylko jej dwa utwory i absolutnie mi to nie przeszkadzało w dobrej zabawie. W finale lejdi wyciągnęła na scenę kilka dziewczyn, które miały pokazać jak się robi My Hump- przyjemna kulminacja koncertu przez który babka świetnie manipulowała tłumem, dobry show i czarny koń Open Era IMHO. Później jakieś takie bezpłciowe „Kings of Leon”, które mimo kapitalnego nagłośnienia i wzorowego grania nie kopało, „Jazzanova” albo „Placebo” (podobno oba koncerty świetne) na które nie dałem rady pójść z powodu bólu kręgosłupa, więc powrót do namiotu po ibuprom, chwila drzemki i jazda na „The Prodigy”. O ile sobie przypominam to był to jedyny koncert przed którym wyświetlono ostrzeżenie o dźwięku i obrazach, które mogą wywołać atak epilepsji… To przepowiadało sceniczny Armageddon, który miał nastąpić lada chwila- ludzi jak mrówek, zdecydowanie największe przepełnienie lotniska od startu festiwalu. Szok. Mocny elektryczny set, przed wejściem gwiazd i oczekiwanie. Zimno, a do tego wszyscy wyczerpani, w końcu to czwarty dzień no i druga w nocy, dziewczyny dały cynk by pchać się do przodu. No i zaczęło się…
Zajrzyjcie tutaj:  to tłumaczy większość, oglądnijcie całość, około 3 minuty dobra akcja (nie zwracajcie uwagi na drętwiaka z przodu, który nie wiem co tam robił…). Całość opiszę jako show z przyszłości. Jeśli potraficie sobie wyobrazić pirackie transmisje z Johny Mnemonic to taki był ten koncert. Orgia kolorów, dźwięku, szalonych ujęć kamery i jeden z ekranów Liama oklejony taśmami w napis „take me to hospital”. Sporo utworów z nowej płyty i scenowe szaleństwo, zarówno Maxim jak i Flint kręcili Open erowcami, ten drugi ciągle coś gadał i prowokował publiczność, wchodząc również kilka razy blisko barierek. Maxim wrzeszczał, wykrzywiał się do kamer, wyglądał niczym predator i podskakiwał w rytm brzytwo-dźwięków. Świetny koncert, mnóstwo hitów włącznie z „Voodoo People” i „Out of Space”, było też „Poison”, powiem szczerze że w takim wykonaniu wchodziło mi też „Run with the Wolves”, które słuchane z płyty średni mi podchodziło. Bardzo mocny koncert, który już po 2 piosenkach sprawił, że było gorąco i duszno. Bawiłem się super, tańczyłem, śpiewałem i robiłem „woooow”, gdy Maxim tego chciał ;) Niestety kilka razy się nie dogadał z Polish fuckin warriors, ale co tam. Mamy mało takich koncertów, więc jesteśmy savages, ale co zrobić. Z każdym koncertem będziemy coraz lepsi…


Powiem szczerze też, że wyjście na bis przy „Omen Reprise”, a potem „Invaders must Die” to był szczyt moich koncertowych marzeń- przepiękne!

Poniedziałek to ostry deszcz, pakowanie i jazda do domu. Pozbierałem się dopiero gdzieś w czwartek, w środę zatrzasnąłem kluczyki od służbowego auta i generalnie z niczym sobie nie radziłem…. ale i tak było zajebiście!

Na koniec:
– planujcie sobie jak spędzicie dany dzień by nie tracić czasu na łażenie,
– kupujcie spożywkę w Kaufland,
– miasteczko zwiedzajcie zaraz po 16ej, kiedy ludzi mało i koncerty nie trwają,
– toalety są najbardziej oblegane po koncertach,
– rozbijanie namiotów w nocy to hardcore,
– prezerwatywy są rozdawane darmo przez panie z Unimila,
– piwo kosztuje dwa bony, jeden bon 3 zł, na terenie festiwalu nie używa się pieniędzy,
– zapomnijcie o wyspaniu się i ciepłej wodzie,
– weźcie tabletki przeciwbólowe,
– stopery na noc to mądre rozwiązanie,
– klapki i ręczniki to podstawa,
– autobus 109 jedzie spod dworca na lotnisko,
– każdorazowy wjazd na parking to 10zł, jeśli zostawicie auto na cały festiwal to zapłacicie tylko tyle,
– Babie Doły są trochę od centrum, więc w 10 minut nie dojedziecie,
– w trakcie drogi na słuchajcie np. PR 3, sporo tam mówią mądrych rzeczy,
– nie zapomnijcie o dowodzie samochodu jak ja,
– Bilety, karnety, bilety elektroniczne wymienia się na zaciskane opaski, które nosi się cały festiwal. Wejście do miasteczka to jedna, druga to wejście na camping, opaski są oznaczone kolorem i opisane, do tego zacisk jest mocny, więc zapomnijcie o przekazywaniu,
– przy biletach elektronicznych podczas wydawania opasek obecna musi być osoba zakupująca z dowodem, opaskę dostają wszyscy,
– namioty trzeba rejestrować (nie wiem po co),
– każdy może mieć swój, my w trójkę spaliśmy w czwórce, widzieliśmy też większe,
– nie róbcie syfu bo to nieładnie,
– nie czekajcie z kupnem biletów na ostatnią chwilę,
– 8 i więcej godzin stania to dużo, więc znajdźcie lukę w programie, kiedy możecie odpocząc np. przy piwie,
– na polu biwakowym jest namiot z Xboxami, medyków, sklepik, jadalnie i miejsce na rozpalenie grilla, więc można brać ;)
– w kolejkach spędza się około 40 minut,
– ludzi od cholery, więc zboczeńcy mają szansę pomacać,
– napalonych lasek i podjadanych facetów jeszcze więcej, nie oszukując się to na kempingu śmierdzi seksem….

Każdy z Was powinien przeżyć coś takiego. Ja za rok znów jadę, tym razem rezerwuje pokoje w Etapie ;) Osobiście żałuję, że nie zobaczyłem koncertu „Basement Jaxx”- wszystkim, którzy byli zazdroszczę.
Pozdrawiam
Uth

PS. aha nie mogę pominąć utworu „Love is In the Air”, który zagrano po koncercie „Prodigy”- sporo ludzi zaczęło tańczyć w jednym momencie, super widok.

Reklamy

11 Komentarzy

  1. Strasznie żałuję, że nie pojechałem na Prodigy :( Ale cóż, życie i ciągły brak czasu..
    Świetny tekst Uth :]


  2. Dziękuje, powiem szczerze że pierwszy raz od dawna chciałem pisać i to dużo :) Może wena wróci.
    Niestety dowalę Ci mówiąc, że jest czego żałować. Mnóstwo kapitalnej muzyki, super klimat i fajne dupy ;)
    Za rok jedź i nie odpuszczaj, może będzie okazja by wypić razem piwo, ja spotkałem kumpla z konsola.pl tam :]


  3. Jeśli chodzi o wilkołaki na FNM to ja zapewne byłem jednym z nich :) i jak dla mnie najlepszy koncert. To co z tego, że następnego dnia zakwasy na karku i plecach, ale po paru „rozluźniaczach ” na Prodigy już swobodnie skakałem i wymiatałem włosami :D (zresztą na Santigold też poczułem pozytywne wibracje) Nie przepadałem za Moby’m ale po jego energetycznym koncercie, jego piosenki pozostają w głowie.
    Najmniej przeszła mojej uwadze(z koncertów które widziałem) Lily Allen, byłem na jej koncercie ale nie pamiętam nawet co śpiewała.
    Odnośnie KoL to powiem tak, dobrze zagrali, tylko że ludzie za mało ich piosenek znali, oczywiście pochwalili polską publiczność, dla mnie ich koncert pod względem jakości wykonania był bardzo dobry tylko niestety nie porwało mnie to do tańca (winą może być zmęczenie w końcu 3 dzień, liczyłem że dam rady na Placebo niestety na 1,5 h odpadłem, ale dzięki drzemce dałem rady na Prodigy)
    Najpiękniejszy moment to po koncertach wspomniane Poula Younga – Love is in the air, ludzie niesamowicie poczuli klimat tej imprezy – ZABAWA i dobra MUZYKA.
    O zimnej wodzie pod prysznicem nie będę się rozpisywał, po prostu trzeba być twardym a nie miękkim :) a toi toie to niekiedy traumatyczne przeżycie na bezdechu ;)
    Dzięki wspaniałemu Towarzystwu i rewelacyjnej muzyce bawiłem się wyśmienicie. Mam nadzieję, że za rok w takim samym składzie (ewentualnie minimalne korekty ;)) znów będę mógł uczestniczyć w najlepszym festiwalu w Polsce.
    Opaski zostały ściągnięte (z wielkim trudem bez obcinania) i zachowane na pamiątkę.


  4. Heh to prawda, rzecz którą zapamiętuję się do końca życia i raczej trudno oddać klimat całego wydarzenia. Ja opaskę ściąłem, może i źle zrobiłem, ale rozpaczać nie będę – za rok będą nowe. Było fantastycznie i ekipa faktycznie super :]


  5. Po pierwsze nie moge się opanować i nie skomentować, że gdyby nie girls to ten namiot nie stał by tak pięknie ;p i kilka innych rzeczy też ;] ,
    a co do całego Open’era to było cudnie, tak jak napisałeś
    (a propo, gratuluje talentu literackiego, sama bym lepiej tego nie ujeła)

    „The Prodigy” najlepszy koncer w tym 4 dniowym maratownie, mimo zmęczania, zimna i polowych warunków, nie dało się stać spokojnie, taka moc, że aż nosiło, druga bateria i caly koncert przeskakany, muzyka pulsowała w żyłach, ah…
    i ta końcówka, z wrażenia nie mogliśmy zasnąć ;D
    CUDO, zakochałam się w OPEN’ERZE i za rok powtórka musowo, polecam wszystkim którzy jeszcze się wahają, ale oczywiście potrzebne jest dobre twoarzystwo ;]

    p/s: BYŁO CUDNIE, aż cieżko się teraz ogarnąć ;D


  6. No ja do dziś jestem jakiś nieogarnięty :] Odsypiam, regeneruje się i łapię przeziębienie od tych co złapali je tam.


  7. Uth powinieneś pisać książki z „jajem” !

    to co piszesz świetnie się czyta i naprawdę chce sie tam być ! ja też planowałam, ale niestety nie wyszło w tym czasie wyskoczyło mi coś innego. Ale na 100 będę tam za rok ze swoją ekipa bo jak tu girls napisała ;D „potrzebne jest dobre towarzystwo”!

    Dzięki


  8. Dzięki, warto – będziesz miała co wspominać przez długi czas. Na pierwszy raz proponuje z polem biwakowym, szybko poczujesz klimat zgromadzenia ;)
    Co do pisania, czegokolwiek na poważnie to powiem szczerze, że mój warsztat to nędza- mimo wszystko dzięki.


  9. hehe na szczęście mam znajomych w Gdyni, którzy mają mieszkanie wiec to pole to tak niekoniecznie ;D


  10. Pole biwakowe to konieczność by poczuć atmosferę Open Era (Tojtoje to kwintesencja tego wszystkiego) ;)


  11. Szukam bardzo pilnego kontaktu z osobą prowadząca tą stronę :) Prosze o kontakt na alpotar@gmail.com.



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: