h1

Tego cytatu w filmie nie ma

19 Styczeń, 2010

Byłem ostatnio w kinie, oczywiście się spóźniłem. Był to jeden z tych dni. Z tych, kiedy kończę zajęcia i chciałym pójść do kina, ale w poliskim multipleksie nie ma akurat seansów. Jeden z tych, kiedy nie mam samochodu i muszę przebijać się autobusem z jednego miasta do drugiego i puścić się pędem przez zatłoczoną ulicę, by trafić na film. W końcu jeden z tych, kiedy wspomniany film okazał się godny tego poświęcenia.

Sherlock Holmes jest dobrym filmem. Z genialną kreacją Roberta Downeya Jra i niemniej świetną Jude’a Lawa na czele. Obaj po raz kolejny udowodnili, że w Hollywood nie znaleźli się tylko dzięki ładnym buźkom, Downey nawet bodaj wczoraj zgarnął Złoty Glob za najlepszego aktora komediowo-musicalowego. Co prawda kategoria kompletnie nie pasuje do Sherlocka, ale narzekał nie będę, niech ma, bo mu się należy. Byle do maja, bo w maju Iron Man 2.

No właśnie, będąc przy Żelaznym, zaskoczyło mnie jak bardzo podobni, a za razem różni są downeyowski Tony Stark i Sherlock Holmes. Obu na pewno łączy to, że są geniuszami, którzy swoim intelektem wykraczają poza ramy wyobraźni im współczenych. Różni natomiast głównie stosunek do ludzi, bo o ile Tony jest kobieciarzem, facetem uwielbiającym publikę i kochającym się z nią bawić, to londyński detektyw raczej stroni od ludzi, często zamyka się w swoim pokoju na długie tygodnie konstruując nowe pomocne sprzęty zapominając o sprawach tak trywialnych i przyziemnych, jak higiena. Jest także człowiekiem strasznie nietaktownym, który uwelbia bawić się ze słabszymi umysłami, męczy go nadmiar informacji jeśli nie może na niczym skupić uwagi, a kiedy już swój cel dopadnie, to nie powstrzyma się przed niczym by poznać lub ujawnić całą prawdę.

Samego Holmesa poznajemy jako doskonałego stratega i mistrza baritsu (właściwie bartitsu, mały błąd Conan Doyle’a), który jeszcze zanim zacznie walczyć potrafi, jak w szachach, zmiażdżyć swojego przeciwnika planując atak, by potem bezbłędnie go wyprowadzić. Otwartym umysłem przypominał mi Michaela Scofielda, głównego bohatera serialu Prison Break, który rzutem oka potrafił przeanalizować swoje otoczenie i dostrzec rzeczy, których nie widzieli inni. Co najciekawsze jednak, po seansie postanowiłem zbadać postać sławnego psa gończego i naprawdę wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ten flegmatyczny dżentelmen, za jakiego go uważałem, tak naprawdę w powieściach był tak samo szybki, przenikliwy i brutalny jak jego kreacja w filmie Guya Ritchiego. Przyznam, że zaintrygowało mnie to i aż poczułem chęć bliższego zapoznania się z papierowym pierwowzorem.

Sama fabuła wydaje się prosta; otóż wszystko zaczyna się, gdy Sherlock i doktor Watson (wspomniany już świetny Jude Law) krzyżują niecny plan lorda Blackwooda, jednego z członków Izby Lordów. Ten zły człek za okultyzm i praktykowanie czarnej magii zostaje skazany na stryczek, co teoretycznie przebiega bez problemu. Teoretycznie, ponieważ pierwszej nocy po jego egzekucji okazuje się, że Blackwood powstał z grobu i ma zamiar zemścić się na swoich oprawcach. Opętanie przez niego strażników więziennych i groźba, którą straszył Holmesa nagle okazują się być realnym zagrożeniem.

Serio, nigdy nie byłem fanem Sherlocka Holmesa. Nigdy nie miałem ochoty nawet obejrzeć któregoś ze starych seriali czy filmów (a tych ostatnich jest sporo, oj sporo). Najnowszą adaptacją nie interesowałem się w ogóle, dopóki znajomy nie powiedział mi, kto zgarnął główną rolę. A później zobaczyłem zwiastun i wsiąkłem na całego, musiałem to obejrzeć. Tym bardziej, że aktorka grająca Irene Adler jest łudząco podobna do Kylie Minogue, a kto oglądał Street Fightera, ten wie, że australijska piosenkarka brzydką nie jest. I wiecie co? Naprawdę było warto.

I jeśli się zastanawiacie dlaczego dzisiejsza wcalenierecenzja jest przeprowadzona od tyłu – holmsowska dedukcja. Co prawda to właściwie jest indukcja, ale hej, nie mi oceniać.

Shinigami

Reklamy

2 komentarze

  1. Jeśli miarą jakości filmu miałaby być odległość, to film jest zajebisty jak z Warszawy do Krakowa. Oczywiście podróżując przez Rosję i Amerykę.


  2. Obejrzałem, film fajny- ale niestety dużo poza wcześniejszą formą reżysera. Żart dobry, kreacje postaci kapitalne, dobre zdjęcie i kapitalne,ciężkie i brudne scenerie.
    Mimo tego brakuje tej lekkiej nutki nieprzywidywalności z Snatch, LSaTSB, czy choćby RnR.
    Fajny, nic więcej.



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: