h1

Stukostrachy z ulicy Wiązów

13 Kwiecień, 2010

Nie miałem wcześniej okazji przeczytać żadnej książki Wojciecha Jagielskiego, więc nie wiedziałem czego mam się spodziewać po Nocnych wędrowcach. To znaczy, jasne, miałem pewną wizję. Oczekiwałem, że jak na dziennikarza przystało, Jagielski skrupulatnie i w reportażowym stylu zapisze te lekko ponad 300 stron opisami swojej podróży do afrykańskiej Ugandy. Jednak zostałem mocno zaskoczony, co nie często się zdarza. Otóż okazało się, że mam do czynienia z fabularyzowaną historią, zaskakująco wciągającą powieścią, której głównym bohaterem jest narrator i to właśnie z jego rozmów z innymi dramatis personae dowiaduję się wszystkiego, co wiedzieć powinienem. Gdybym nie wiedział, że w rękach trzymam prawdziwą historię wielu ludzi i tego pięknego i zarazem strasznego kraju, uznałbym tę książkę za kawałek naprawdę niezłego dramatu. Dramatu dorosłych i dramatu dzieci.

Rzecz zaczyna się jak w najlepszych powieściach Stephena Kinga. Główny bohater, sam autor, siedzi w barze, w mieście Gulu w Ugandzie, ze swoim przewodnikiem – także dziennikarzem – Jacksonem. Popijając piwo w pewnym momencie zauważają, że z ciemności nocy zaczynają wyłaniać się małe postaci. To dzieci z odległych wiosek przybywają tu i kładą się w miejscu do którego dadzą radę dojść zanim padną ze zmęczenia. Do miasta wysyłają je ich rodzice, dzieciaki zaraz po szkole wyruszają w daleką, wydawałoby się bezcelową, podróż, ponieważ nad ranem zbierają się i wracają skąd przyszły. Okazuje się jednak, że do Gulu przysyłane są ze strachu przed partyzantami, którzy walcząc w świętej sprawie i w opozycji do rządu, zabijają, gwałcą i palą wszystko, co spotkają na swojej drodze uprowadzając przy tym ledwo nastoletnie dzieci. Jackson i narrator szybko zbierają się i odchodzą. Ten drugi nie zna powodu tej nagłej ucieczki do pokoju hotelowego i tylko obserwuje strach swojego czarnoskórego towarzysza. Nie rozumie dlaczego uciekają przed nocnymi wędrowcami.

Cała książka jest podzielona na trzy główne części, autor pominął wszelkie rozdziały, podrozdziały i mikrorozdzialiki na rzecz prostych akapitów, jakby wskazywał na Terry’ego Pratchetta mówiącego, że dorośli ludzie nie potrzebują rozdziałów, bo sami wiedzą kiedy skończyć czytać. I muszę przyznać, że to pomaga w utrzymaniu ciągłości opowieści ale jest także jedną z głównych wad Wędrowców. Jak to jednak z wadami bywa, o nich później.

Pierwsza część fabularyzowanego reportażu nie skupia się na narratorze-bohaterze, a Samuelu, wychowanku placówki resocjalizacyjnej dla dzieci uratowanych z rąk partyzantów Bożej Armii Oporu dowodzonej przez Josepha Kony’ego. To właśnie z nim rozmawia Jagielski i od niego dowiaduje się o codziennym życiu partyzantów. Chłopak ma niespełna 13 lat, lecz w swoim życiu widział i wyrządził więcej złego niż większość dorosłych. Niech nikogo nie zwiedzie boska służalczość oddziałów, tak naprawdę mają w sobie bardzo mało z szerzenia miłosierdzia. Ugandzka partyzantka składa się głównie z dzieci w wieku Samuela, które porywane ze swoich wiosek już pierwszej nocy zmuszone są do wzięcia udziału w swego rodzaju akcie inicjacji – muszą zabić wyznaczoną osobę. Samuel wyznał, że sam nie wie ile osób zabił, w pewnym momencie po prostu stracił rachubę. Pamięta jednak, że z zimna krwią zabijał zarówno mężczyzn jak i kobiety i inne dzieci. Zabijał szybko, bo wiedział, że tak będzie lepiej dla jego ofiar. Nigdy nie podobała mu się ta zabawa w wojnę i nie chciał by ludzie bardzo przez niego cierpieli, choć nie zawsze miał na to wpływ. Z jego opowieści wynika, że Armia nie zabijała szybko i z przymusu, a często dla zabawy kazała cierpieć swoim ofiarom; zdarzało się, że partyzanci zabijali część więźniów, ćwiartowali ich ciała i wrzucali do kotła z wrzącą wodą by ugotowane mieli jeść pozostali przy życiu.

Czy to jest przerażające? O tak. Każdy z nas mniej więcej zdaje sobie sprawę jak działają wojska partyzanckie, z tego, że wojna to nie jest różowa sprawa. Ale zmuszanie do kanibalizmu i okaleczania bliskich szokuje i wykracza daleko poza nasze ramy normalności. Oraz jest na porządku dziennym w Ugandzie. Wojciech Jagielski na szczęście często ucieka od opisów zbrodni, nigdy nie zadaje Samuelowi wprost pytania czy on musiał kogoś poćwiartować, często opiera się na opisie zachowania chłopca. Podkreśla, że mimo swojego wieku wydaje się bardzo dojrzały, a jego oczy świecą pustką. Co jednak najciekawsze, Sam nie ucieka od przeszłości. Dzięki zażyłości jaka łączy go jedną z opiekunek, Norą, chętnie opowiada dziennikarzowi swoje przeżycia, których ten słucha z zapartym tchem nie bojąc się zadawać pytań. Ba, chłopiec po pewnym czasie bardzo przyzwyczaja się do narratora i nie może się doczekać jego wizyty by opowiedzieć mu coś jeszcze i po prostu być z nim. Nie trudno zadać sobie czasem pytanie czy Jagielski nie wykracza poza swoje ramy nie wchodzenia z nikim w zbyt bliskie kontakty. Można powiedzieć, że to coś bardzo szlachetnego, w końcu kiedyś musiałby wyjechać, przerwać tę rodzącą się przyjaźń, najprawdopodobniej już nigdy więcej nie miałby okazji spotkać się z daną osobą, ale zagłębiając się w tę historię coraz bardziej miałem wrażenie, że ta granica jest powoli przesuwana aż w końcu dochodzi do momentu krytycznego, po przekroczeniu którego miałaby zniknąć. Czy znika? Warto się tego dowiedzieć samemu.

W drugiej części następuje wielka ucieczka z Gulu, autor wyrusza w autobusową podróż do Kampali, by zrelacjonować przebieg kampanii i wyborów prezydenckich Ugandy. Jak nie trudno się domyślić, nie jest z nimi najlepiej. Piastujący od dwudziestu lat urząd prezydenta Yowen Kaguta Museveni nie spieszy się do ustąpienia miejsca następcy. To w końcu on walczył o wolność i choć zapewniał, że jeśli obywatele będą chcieli by zrzekł się prezydentury, to tak zrobi, a dziś uważa, że jeszcze nie czas, że jeszcze zostało coś do poprawienia. I znów można sobie zadać pytanie, czy faktycznie tak jest? A może po prostu tak dobrze mu na tej ciepłej posadzce i tak bardzo przypadło mu do gustu rządzenie, że nie chce odchodzić?

Tutaj, wkraczając w świat polityki, zaczęły się problemy z kompozycją opowieści. Jagielski od samego początku uwielbiał skakać po tematach i często przerywając opowieści Samuela dopełniał je wiedzą na temat wydarzeń z ostatnich kilkudziesięciu lat w Ugandzie bądź naprawdę ciekawą historią Bożej Armii Oporu. Jednak o ile w pierwszej części czytało się to w miarę dobrze, to w drugiej pewne rzeczy nie zagrały. Nagle pojawia się za dużo nazwisk, instytucji, faktów historycznych. W pewnym momencie autor pisze o czytaniu nagłówków gazet o prezydencie Musevenim w swoim hotelowym pokoju i zamykając akapit przechodzi w następnym do opisu jego dojścia do władzy. Pisze o wojnie, plebiscycie na najwybitniejszego Ugandczyka, królu Ronaldzie „Ronniem” Muwendzie Mutebim, o tym jak sam go poznał, o premierze Miltonie Obote, studiach Museveniego, znów o wojnie i kolejnych nowych postaciach. Bardzo łatwo jest się w tym wszystkim zagubić, nazwiska osób są dla przeciętnego Europejczyka trudne do zapamiętania, ze zbyt złożonych opisów robi się miszmasz, którego momentami nie sposób zrozumieć, jeśli nie poświęca się książce stu procent uwagi. Na szczęście sam główny wątek powieści jest na tyle interesujący, że dobrze stara się niwelować błędy.

Wreszcie dochodzimy do trzeciej części, która jest powrotem do Gulu, powrotem do Samuela i Nory oraz powrotem do dziecięcej armii partyzanckiej. Jednak niech ten ostatni, opatrzony zdjęciem dzieci na drewnianych rowerkach, dziewięćdziesięciostronicowy rozdział zostanie słodką tajemnicą. W końcu nie można zdradzać wszystkiego.

Jak napisałem we wstępie, Wojciech Jagielski potrafił mnie zaskoczyć. Oprócz całkiem niespodziewanego reportażu-powieści zaskoczyło mnie to, o czym traktują Nocni wędrowcy. Nie, nie brutalność, a wielotematyczność. Nie sądziłem, że oprócz poniekąd znanego mi z serii komiksów Unknown Soldier afrykańskiego ruchu partyzanckiego będę miał szansę tyle dowiedzieć się o historii i ustroju samej Ugandy. Tak, zdecydowanie nie jest to wiedza encyklopedyczna, ale wystarczająco spora by zainteresować się losami kraju i zacząć rozumieć dlaczego tam jest na tyle źle, że ludzie nie mają żadnych szans rozwoju. Przypuszczam, że po przeczytaniu tej książki część Polaków przestałaby narzekać na stan naszej gospodarki.

Jest jeszcze coś, co byłoby totalnym szokiem, gdyby nie wstęp do powieści w którym autor zaznaczył, że trzy postaci nie są postaciami autentycznymi, a zostały posklejane z poznanych przez niego ludzi. Cała ta trójka nie posiada nazwiska, jest przez to bardzo anonimowa, co automatycznie przypomina mi o filmie 9 Shan’e Ackera (może nie był to wybitny obraz, ale miał swoje momenty i gdyby nie kilka wpadek na pewno stałby się szybko kultowy, dokładnie jak Wędrowcy). Ta nutka tajemniczości zawsze nadaje bohaterom fajnego posmaku. No dobrze, to która trójka nie jest tak autentyczna, jak się wydaje? Po pierwsze, przewodnik Jackson, typowo profesjonalna znajomość. Po drugie, opiekunka Nora z którą bohatera łączyły bliskie stosunki. I wreszcie po trzecie i najbardziej zaskakujące, mały Samuel. Gdyby ta informacja nie pojawiła się we wstępie książki nie śmiałbym jej zdradzić, bo to pokazuje jak dobrze Wojciech Jagielski operuje piórem i z jaką łatwością potrafi nakreślić pełnokrwiste postaci. Jak w takim razie wyglądał jego kontakt z dziećmi, skoro nie był to jeden chłopiec, a kilku? Nie wiem, ale na pewno chciałbym się tego dowiedzieć.

Czy warto polecić Wędrowców? Zdecydowanie tak. Nie jest to lektura tylko dla ludzi o mocnych nerwach, jak Justyna czyli nieszczęścia cnoty pewnego znanego Markiza, ale na pewno coś dla ludzi dojrzałych. Warto czasami spojrzeć poza swoje podwórko i zobaczyć, że świat nie zawsze jest miły dla ludzi, a szczególnie dla dzieci.

Kończąc ten przydługi wywód chciałbym zacytować jeszcze może nie najbardziej szokujący i odkrywczy, ale najbardziej zapadający w pamięć fragment. Właśnie o dzieciach:

„Ktoś powiedział, że dzieci są doskonałymi żołnierzami, bo po jakimś czasie i odpowiednim przyuczeniu uważają wojnę za rozrywkę, za grę, w którą bawiły się lub bawiłyby się na podwórkach i szkolnych dziedzińcach.

Nie czują strachu przed śmiercią – własną ani cudzą – bo, w przeciwieństwie do dorosłych, nie myślą o niej. Nie boją się, bo zdążyli przeżyć tak niewiele, tak niewiele poznali, tak niewiele mają do stracenia. Brak im doświadczeń, zamierzeń i marzeń, zobowiązań i obowiązków.”

Nie miałem wcześniej okazji przeczytać żadnej książki Wojciecha Jagielskiego, ale teraz wiem, że sięgnę jeszcze po niejedną.

Shinigami

Reklamy

One comment

  1. Za mądre książki czytasz ;P



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: