h1

Royksopp: Junior i Senior (1/2)

16 Październik, 2010


Wydana niedawno przez norweski duet „Royksopp” (w tłum. „purchawka”) płyta „Senior” miała służyć za jesienno-depresyjną wersję po dynamicznym, radosnym i w miarę skocznym młodszym bracie.  O „Juniorze”, pełnym wigoru i wokalistów (Robyn, Lykke Li, Karin Dreijer Andersson, Anneli Drecker) albumie o letniej stylistyce będziecie mogli już niedługo przeczytać na ramach naszego blogaska, generalnie zapraszamy do zapoznania się z poprzednimi dziełami norwegów. Jaki jest tegoroczny album „dymowego grzyba” dowiecie się z reszty wpisu.

„Senior” sennie wprowadza nas poprzez intro w stylistykę płyty. Zaczyna się leniwie i powoli, odrobinę ciężkawo z początku, lecz po kilku sekundach już dochodzi spokojna melodyjka, hi-haty delikatnie wybijają – sielsko i przyjemnie kończąc wszystko ciężkimi szumami. Jeśli spodziewacie się po intro mruknięć i cymbałków to zaskoczeniem okaże się dla Was „Tricky two”, pozycja druga to elektro na miarę „Kraftwerk”. Jednak nie dajcie się zwieźć, jak sama nazwa wskazuje utwór ten wprowadza dużo zamieszania, jak i wyprowadza nas na złudne bagna klimatu, którego więcej na płycie nie znajdziecie. Ewidentnie najszybszy i najbardziej dynamiczny utwór z głębokim basem i beatem przy którym już kołyszą się barki. Kiedy już jesteście rozkręceni ostro zwalnia i otwiera kolejny track dźwiękiem otwieranej puszki. Przywitajcie się z „The Alcoholic”, który może służyć za przedłużenie historii z „Tricky two” i zakończyć ją nad samym ranem. Odrobina chórków, delikatnego plum plum przy którym można się pobujać na krześle i deszcz padający gdzieś w tle. Gdy deszcz ustaje zaczyna się „Senior Living” bezprecedensyjnie najlepszy utwór z całej płyty, zróżnicowany, długi i pełen rozmaitości. Po wstępie stylistyką przypominającym utwory „Enio Morricone” (gdyby pochodził z północy i grał elektronikę) muzyka przechodzi w stan podniosły i dumny. W tle przygrywają hawajskie gitary, dochodzą jakieś puknięcia, dźwięk przesuwanych po strunach palców i chór od którego dreszcze idą od koniuszków opuszków po łydki. Ok. 4 minuty utwór zaczyna jeżyć włosy na całym ciele i nagle cichnie wprowadzając nas beatem, niczym puls w stan muzyczny „The Drug”.
„Lekarstwo” namacalnie kojarzy się z jakąś imprezą. Początkowe drżenie przeistacza się w prosty i przyjemny rytm, wygrywany w tle przez zapętlone sample. Drżenie nie ustaje, a całość zaczyna tworzyć sympatyczną melodyjkę uzupełniając się beatem i zwariowany 8bitowymi dźwiękami rodem z c64
Utwór przywodzi na myśl wspomnienia chwil nie tych, kiedy domówka żyje pełnią życia, a wszyscy biegają i nerwowo gestykulują, ale momentów po kilku piwach, gdy toniesz w fotelu. Światło w oczach leniwie się przeciąga, a w tle leci jakaś dziwna melodia która sprawia, że durnie uśmiechasz się do nicości, znasz ją, ale nie pamiętasz co to… Takie jest „The Drug”- nic nadzwyczajnego, żadnej dźwiękowej ekwilibrystyki, żadnej skomplikowanej elokwencji, prosta przyjemność zawarta w hipnotyzującym tle.
Następny zapis na płycie to „Forsaken Cowboy” złożony z szybszego ale nadal delikatnego beatu, syntezatorowych chórów, piknięć i gitarki wygrywającej bg. Jest szybciej, energiczniej, ale nadal pieszczotliwie- utwór generalnie nadający się na budzik, ale taki który nie wyrywa ze snu siłą, wrzucając od razu w cysternę z płynem oznaczonym jako „czysty wkurw”.
Po „opuszczonym kowboju” usłyszymy „The Fear”, 7 minut pełnych klimatycznego niepokoju. Całość się nie dłuży, ani nie nudzi. Po minucie już pojawiają się nowe elementy, później zostaje samo bassowe granie plus kolejny raz jakieś podejrzane szumy. Druga minuta to narastanie niepokoju, preludium do momentu kiedy dochodzą organowe chorusy i wybijanie na jakimś nieznanym instrumencie (zauważam trochę podobieństwa tutaj to „Dust Brothers”), nie może też zabraknąć 8 bitów i wzrostu decybeli nagrania gdzieś do 5 minuty. Potem jest już tylko ambient i głosy ulicy, kroków, jakieś słowa… Mrocznie i niespokojnie, jednak nadal rytmicznie i „tupająco”.
„Coming Home” znów to zupełnie odmienna bajka muzyczna, czytając komentarze pod utworem można znaleźć odniesienia do gier tj. „Secret of Mana”, czy „Mystic Quest”. Coś w tym jest. Jeśli ktoś grał w rpg na snes, czy innych Nintendo wynalazkach to szybko odnajdzie w nim coś znanego. Puknięcie, plum plum, szum morza i melodia…Proste i zarazem bardzo przyjemne (kojarzy się ze starym „Vangelis”), pod koniec kawałek leciutko narasta i już w znanym z płyty klimacie cichnie niespokojnie
Następne jest „A Long, Long Way”, o którym w zasadzie trudno coś napisać. Kilka minut ambientu przywodzącego na myśl kosmiczne dźwięki „Yoko Kanno” z OST „Cowboya Bebopa”. Po kilku minutach ciszy cierpliwi doczekają się „The Final Day”, ostatniego i przy tym ukrytego utworu na „Seniorze”. Sześć i pół minuty ciężkiego i szczerze mówiąc porytego ambientu, który już dla moich uszów jest niestrawny. Odsłuchując już pierwszej części odczuwa się spory niepokój, druga to już przedziwne powykrzywiane jęki, śmiechy- dla mnie starczy. Nie lubię takich klimatów, co można powiedzieć? Po lekkim wstępie dostajemy ciężki finał.
Odsłuchując „Senior” ma się wrażenie, że jest refleksyjnie i inaczej, niby jak na poduszeczce, ale trochę też jak w pokoju z obdrapanymi ścianami. Dźwięki subtelnie szepczą do uszka, nie szarpią, nie kłują, nie chcą nas skrzywdzić, czy sprawić byśmy przyspieszyli i zaczęli czyścić łazienkę, aż do końca gdzie robi się coraz bardziej gwałtownie i nerwowo- tak jakbyśmy mieli się schować pod łóżko. Płyta do połowy wprowadza nas w nastrój rozluźnienia o ile ktoś potrafi odnaleźć się w elektronice lat 80`tych. Nie ma tu w zasadzie ostrego uderzenia, miliarda bpm, jest subtelne granie elektroniczne idealnie wkomponowane w jakiś leniwy poranek. Troszku starego „Jearra” zmieszanego z „Bilińskim”, „Kitaro”, odrobinę smutnego elektro-pop podobnego do „Lali Puna”. Nie ma już blondynki która śpiewa o robocie, są za to zawodzące chóry i odcinki na których zaciskasz wargi i gibasz głową niczym zamesmeryzowany rezus. Druga połowa to momenty, że czujesz się jak jakiś zagubiony w „Silent Hill” podróżnik.
Twórcy praktycznie zrezygnowali z czystych wokali i brzmień MTV Dance, a żaden z utworów nie nadaje się na „napełniacz dyskotekowych parkietów” („Tricky Two” chyba najbliżej tej stylistyce, ale to i tak nie to), absolutnie żaden. Każdy nadaje się natomiast do indywidualnego odsłuchania wieczorem w domu.
Muszę powiedzieć, że na płycie jest naprawdę dużo, dużo wspominanego już milion razy wcześniej ambientu i rozwidleń dźwiękowych. Tu usłyszymy niby skrzypce, tam jakąś gitarkę, coś zawyje, ludzkie głosy, muzyka zrobi się głośniejsza, a wszystko nadal będzie utrzymane w czystym elektronicznym tonie. Jeśli się zastanowić to ma się wrażenie, że duet ostro eksperymentował. Po tanecznych „Melody A.M”, „The Understanding” i „Junior”, są to zupełnie inne tematy przewodnie. To naprawdę jesienna muzyka, ale nie smutna, nie świeża, ani oryginalna (może w ich repertuarze owszem). Jest to dobra pozycja na spokojne dni i pochmurne wieczory, ale jeśli ktoś lubi „Royksopp” za poprzednie albumy to niestety może się srogo szawieść.
Wchodzi szybko i tak samo szubko się kończy. Szybko się o tych utworach też zapomina. Nie imają się do już 9-letnich „Poor Leno”, „Higher Place”, „Sparks”, house`owym „49%”czy choćby przez wszystkich znanego „Juniorowego” „The Girl and the Robot” z Robyn.
„Senior” traktujcie jako eksperyment, zamkniętą historię tworzącą całość, dajcie jej szanse a na pewno znajdziecie kilka dobrych motywów, które wprowadzą was w ten szary nastrój za oknem.

Reklamy

2 komentarze

  1. Mój ulubiony kawałek Royksoopu:


  2. Na „Seniorze” nie ma takich utwórów, zupełnie inaczej nastrojona płyta.



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: